Raport Barcamp.pl o najważniejszych wydarzeniach internetu w mijającym roku przyniósł zaskakujący wynik: zdaniem badanych, kluczowym wydarzeniem sezonu 2007 było zamknięcie serwisu Napisy.org z tłumaczeniami filmowych list dialogowych. Wydaje się, że autorom raportu udało się dotknąć czegoś niezmiernie istotnego: pokoleniowej zmiany w myśleniu o regulacji internetu. Wyniki ankiety były dość miażdżące: o wydarzeniu tym słyszeli niemal wszyscy ankietowani. A kolejna pozycja na liście – sukces portalu Nasza-klasa.pl – miała sporą stratę do zwycięzcy. O czym to świadczy? Marta Klimowicz, socjolog zajmująca się badaniem internetu, komentuje: Kwestie regulacji związane z prawem autorskim stają się jednym z bardziej pilnych problemów trapiących nie tylko polskich internautów. Bo tak naprawdę, dla wielu osób zamknięcie Napisów.org nie tyle oznaczało ukrócenie bezprawnego procederu, co raczej zamach na wolność i kreatywność każdego człowieka (...). W Polsce, póki co, rządzi rozumienie prawa własności ściśle związane ze światem, jaki istniał przed umasowieniem internetu. Nowa rzeczywistość i jej obywatele, jak przypuszczam, coraz głośniej będą domagać się nowych uregulowań i redefinicji pewnych pojęć. Trzy lata temu robiłem wywiad z Jeremym Rifkinem, autorem książki „Wiek dostępu” i facetem, który zawodowo zajmuje się przewidywaniem cywilizacyjnych trendów. Już „poza rekordem” zapytałem, co sądzi o walce toczonej z serwisami wymiany plików i w ogóle o kontroli dostępu do informacji. „Tutaj wszystko jest jasne, dzieciaki wygrają” – rzucił, jakby rzecz była oczywista. Tymczasem, patrząc chociażby na plany Parlamentu Europejskiego, wcale nie wiadomo, czy tak będzie. Na agendzie wylądowała właśnie dyrektywa IPRED2, która kryminalizuje wykroczenia przeciwko prawu autorskiemu. To niezmiernie radykalny krok – oto Unia Europejska będzie ingerować w prawo karne zrzeszonych w niej krajów. Już ten fakt budzi poważne wątpliwości, bo czy batalia o przestrzeń nowych mediów powinna prowadzić do tak poważnego ograniczenia kompetencji państw członkowskich? Ale to nie jedyna wątpliwość dotycząca dyrektywy. W swojej obecnej formie nie robi żadnej różnicy pomiędzy zorganizowaną produkcją i sprzedażą nieautoryzowanych materiałów a naruszeniami polegającymi np. na przekroczeniu (nie zawsze wyraźnych) granic dozwolonego użytku, z którego nikt przecież żadnych zysków nie odnosi. Co to dla nas oznacza? To, że po uchwaleniu dyrektywy w zasadzie każdy z nas może z dnia na dzień, także nieświadomie, okazać się przestępcą w rozumieniu prawa karnego. Osoby niekorzystające intensywnie z kamer wideo, aparatów fotograficznych, odtwarzaczy MP3, serwisów YouTube i Google Video, niepiszące w internecie blogów i komentarzy, mogą mieć kłopot ze zrozumieniem, że prawa autorskie można naruszyć nieświadomie. Tyle że takie osoby powoli zaczynają stanowić społeczną mniejszość. Naruszeń nieświadomych kryminalizacja oczywiście nie zatrzyma. Dlatego przeciwko IPRED2 zaprotestowały nie tylko organizacje społeczne, ale i biznesowe. Biznes bowiem doskonale wie, że nieświadome naruszenie jest raczej normą niż wyjątkiem. Nawiasem mówiąc, kiedy ostatnio sprawdzaliście zawartość dysków w komputerach w swojej firmie? A przecież nieświadome naruszenia to tylko część problemu. Równie istotne jest, że osoba pragnąca uzyskać wszystkie niezbędne zgody do publikacji nawet krótkiego remiksu stoi przed zadaniem czasochłonnym, kosztownym i wymagającym wynajęcia dobrego prawnika. Innymi słowy - zadaniem zupełnie niewspółmiernym do celów, które chce się osiągnąć. Przemiana generacyjna oczywiście kiedyś się dokona i nowa generacja zacznie stanowić lepsze prawo. Obawiam się jednak, że zanim to nastąpi, do aresztu może trafić wielu tłumaczy napisów, nastolatków wymieniających się muzyką z kolegami, autorów nagrań karaoke wrzucanych w internet... czyli – w skrócie rzecz ujmując – naszych dzieci. Czy naprawdę tego chcemy?